Zacząłem też przeglądać książki, o których mój ojciec nigdy wcześniej nie słyszał w swojej bibliotece: tomy pozostawione przez poprzednich właścicieli lub przypadkowo dołączone do partii zakupionych na wyprzedażach majątkowych. Wśród nich były dzieła literatury abolicjonistycznej, formalnie nielegalne w Missisipi: „Opowieść o życiu Fredericka Douglassa” wydana w 1845 roku; „Chata wuja Toma” Harriet Beecher Stowe, wydana w 1852 roku; oraz eseje Williama Lloyda Garrisona i innych abolicjonistów z Północy.
Czytałem te zakazane książki późnym wieczorem, kiedy w domu panowała cisza, i głęboko mnie one niepokoiły. Dorastałem akceptując niewolnictwo jako coś naturalnego, boskiego, korzystnego zarówno dla pana, jak i niewolnika. Przekonanie, że zniewoleni ludzie są gorsi, dziecinni, niezdolni do samostanowienia – w to wierzyli wszyscy wokół mnie i tego mnie uczono.
Ale te książki malowały inny obraz. Frederick Douglass pisał z inteligencją i elokwencją, których nie dorównywał żaden biały autor, jakiego kiedykolwiek czytałem. Opisał okrucieństwo niewolnictwa: chłosty, rozdzielanie rodzin, wykorzystywanie seksualne, psychiczne tortury bycia traktowanym jak przedmioty. „Chata wuja Toma”, choć była fikcją literacką, przedstawiała horror niewolnictwa z niszczycielskim wpływem emocjonalnym.
Zacząłem dostrzegać rzeczy, które wcześniej ignorowałem. Blizny na grzbietach dłoni robotników. Sposób, w jaki twarze niewolników stawały się pozbawione wyrazu i uległe, gdy zbliżali się biali mężczyźni. Dzieci, które podejrzanie przypominały nadzorców mojego ojca. Kobiety, które znikały z pól na miesiące, by potem wrócić bez dzieci, które najwyraźniej nosiły.
Ale nic nie zrobiłem z tymi obserwacjami. Byłem zbyt słaby, zbyt zależny, zbyt uwięziony w swojej strefie komfortu, by rzucić wyzwanie systemowi. Powtarzałem sobie, że różnię się od innych właścicieli niewolników, że powinienem traktować niewolników z większą życzliwością. Ale życzliwość nie czyni niewolnictwa mniej okropnym. Po prostu sprawia, że właściciel czuje się lepiej z powodu swojego udziału w nim.
We wrześniu 1858 roku mój ojciec podjął kolejną próbę znalezienia mi żony. Skontaktował się z rodzinami spoza Missisipi, z Alabamy, Luizjany i Georgii. Obniżył swoje oczekiwania, celując w rodziny z niższej klasy społecznej i zamożne. Oferował coraz hojniejsze posagi, gwarantując, że każda kobieta, która mnie poślubi, będzie żyła w luksusie i niczego jej nie zabraknie.
Odpowiedzi były wariacjami na ten sam temat. „Dziękujemy za hojną ofertę, ale Karolina jest już zaręczona z kimś innym”. „Doceniamy twoje zainteresowanie, ale nie sądzimy, że jest odpowiednią kandydatką”. „Chociaż twój syn wydaje się być grzecznym chłopcem, szukamy sytuacji z innymi perspektywami”.
To ostatnie było szczególnie okrutne. „Inne perspektywy” to grzeczny sposób powiedzenia, że mój mąż mógłby zapewnić nam wnuki.