W grudniu 1858 roku mój ojciec przestał próbować. Większość wieczorów jedliśmy razem kolację w milczeniu. Brzęk srebra o porcelanę był jedynym dźwiękiem w ogromnej jadalni. Czasami patrzył na mnie z miną, której nie mogłam rozszyfrować. Rozczarowanie, z pewnością, ale też coś w rodzaju rozpaczy.
Wybuch nastąpił w marcu 1859 roku. Była późna noc, a mój ojciec wypił więcej niż zwykle. Byłem w bibliotece i czytałem „Rozmyślania” Marka Aureliusza, kiedy wpadł do pokoju.
„Tomaszu, musimy porozmawiać”.
Odłożyłem książkę. „Tak, ojcze”.
Usiadł ciężko, burbon wirował w jego szklance. „Mam 58 lat. Mogę umrzeć jutro albo żyć jeszcze 20 lat, ale tak czy inaczej, prędzej czy później umrę. A kiedy umrę, co się z tym wszystkim stanie?”. Niejasno wskazał na pokój, dom i plantację w tle.
„Dziedzictwo prawdopodobnie przypadnie naszemu najbliższemu krewnemu płci męskiej, kuzynowi Robertowi z Alabamy”.
„Kuzyn Robert” – warknął mój ojciec – „to niekompetentny pijak, który stracił dwie małe plantacje przez długi. Sprzedałby je w ciągu roku i roztrwonił dochód na alkohol. Wszystko, co zbudowałem, wszystko, co zbudował mój ojciec przede mną, przepadłoby”.
„Przepraszam, ojcze. Wiem, że nie takiej sytuacji chciałeś”.
„Przeprosiny nie rozwiązują problemu”. Wstał i zaczął chodzić po pokoju. „Przez 18 miesięcy próbowałem wszystkiego. 18 miesięcy szukałem żony, która zaakceptuje mnie pomimo mojego stanu. Nikt tego nie zrobi. Nikt nie chce męża, który nie może mieć dzieci. Taka jest rzeczywistość”.
Zobacz następną stronę